'To jest o tym, co może przytrafić się tak naprawdę każdemu z nas.'

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Eighteen

Hey, hi, hello! ;D
Postanowiłam pojawić się tu już dziś razem z nowym rozdziałem & wyglądem bloga, który możecie podziwiać w zasadzie od wczorajszego wieczora. Co sądzicie? :)
Oczywiście w związku z tym, że rozdział zamieszczam dziś, nie będzie go w piątek, to chyba logiczne, nie? Pozostaje jeszcze pytanie, czemu dziś... W sumie to sama nie wiem. Ale pewnie nakłoniły mnie do tego pewne zmiany, co prawda nie do końca planowane, które zostałam zmuszona wprowadzić w kolejnych rozdziałach. Mam nadzieję, że Was nie zawiodę i będziecie nimi zadowoleni ;)
W porównaniu (zapewne) do większości z Was, ja nie mam jeszcze wakacji... A chciałabym ;d Mimo to, staram się jak najwięcej pracować nad notkami, choć ostatnio poświeciłam się trochę pracy na konkurs (chodzi o 1DFF oczywiście). Przy okazji chciałam podziękować za pomoc przy nim tradycyjnie @Dee_Directioner, @JBluvsBabycakes & @xAniua (jej także za duchowe wsparcie przy całej katordze z ustawianiem szablonu na blogu!). 
Jak zawsze mogę na Was liczyć <3

***


Idąc korytarzem, napotkałem wychodzącą z łazienki Zayna, April. Dziewczyna przystanęła zdziwiona w miejscu, podobnie jak ja.
- Co tu robisz? - zapytałem, marszcząc brwi.
- Eleanor zajęła łazienkę na górze, więc Zayn pozwolił mi skorzystać ze swojej – wyjaśniła.
- Co Zayn Ci pozwolił?
On zawsze musiał mieć osobą łazienkę. I rzadko się zdarzało, żeby kogokolwiek do niej wpuszczał.
Widocznie nieźle go trafiło.
– Swoją drogą, gdzie on jest? – odezwała się po chwili ciszy, jaka zapanowała między nami.
- Źle się poczuł i kazałem mu się położyć – powiedziałem, łapiąc ją lekko za nadgarstek. - Chodźmy stąd, nie przeszkadzajmy mu. – Nie czekając na odpowiedź, zaprowadziłem ją na dół, a następnie do części mieszkalnej Larrego. Chłopaków jednak nigdzie nie było widać, wiec wzruszając lekko ramionami, od razu skierowałem się do kuchni, gdzie dopiero zorientowałem się, że wciąż kurczowo trzymam rękę dziewczyny.
- Wybacz - mruknąłem, uwalniając ja z uścisku. Skinęła tylko lekko głowa.  - Masz ochotę na coś ciepłego?
- Chętnie, a co proponujesz? - Zajęła miejsce na jednym z krzeseł przy stole.
- Kawa, herbata, kakao... Na co tylko masz ochotę. - Uśmiechnąłem się w jej kierunku, otwierając jedna z szafek na górze. Musiałem jakoś się zrewanżować za moje wcześniejsze, idiotyczne zachowanie. Było mi z tego powodu głupio, bo w sumie… Nic do niej nie miałem.
- Poproszę kakao!
- Czyli kakao razy dwa... - mruknąłem do siebie pod nosem, sięgając po opakowanie z ciemnym proszkiem i kładąc je na blacie. Otwierając inne drzwiczki, zrobiłem to samo z dwoma dużymi, kolorowymi kubkami.

~*~

Uważnie obserwowałam Payne'a przygotowującego dla nas napoje. Na nowo głowę zaczęła zaprzątać mi sprawa jego kontaktów z Malikiem. Nie pytałam jednak żadnego z nich o to wcześniej, gdyż nie chciałam się więcej wtrącać. Musieli to załatwić między sobą.
Ponownie spojrzałam na chłopaka, który był na etapie sypania kakao, czy raczej nakładania go... widelcem.
- Och, poważnie? - Zrobiłam wielkie oczy. - Nie przypuszczałam, że dane mi będzie zobaczyć coś takiego na żywo - zaśmiałam się.
Lekko zmieszany podrapał się w tył głowy.
- Daj, ja to zrobię- zaoferowałam, szybko wstając i otwierając ostatnią z szuflad, znajdującą się w szafce na drugim końcu pomieszczenia. Chwyciłam jedną z leżących w niej łyżek i zabierając kakao Liamowi, odmierzyłam odpowiednią ilość do każdego z kubków.
- Skąd wiedziałaś, gdzie są... łyżki? - zapytał zdziwiony, a ja obróciłam głowę w jego stronę.
- Eleanor mi pokazała - wyjaśniłam krótko, mieszając płyn z proszkiem. - Powiedz mi, Liam... – zaczęłam po chwili, podając mu jedno z naczyń, a on podziękował mi skinieniem głowy. - Między tobą a Zaynem… Wszystko już w porządku?
Cisza jaka zapanowała na kilka straszliwie długich dla mnie sekund, była denerwująca. Obawiałam się, że nie dostanę zadowalającej odpowiedzi.
- Tak, myślę, że tak.
Odetchnęłam z ulga.
- To bardzo się cieszę!
Przytuliłam go. W zasadzie sama nie wiedziałam, czemu.


Zaczynało nam się jakoś układać - chyba spokojnie mogłam to przyznać, jeśli o mnie i Payne'a chodziło. Picie kakao stało się naszym codziennym i to nawet kilkorazowym, rytuałem. Z Zaynem za to prawie się do siebie nie odzywaliśmy od tego… dość krępującego incydentu. Nasz kontakt ograniczał się w większości wysyłanych od czasu do czasu przez jedno lub drugie ukradkowych spojrzeń.
Tak było i tym razem.
Siedzieliśmy przy stole, pijąc już drugie tego dnia kakao. Stojące na jednej z szafek radio, umilało nam czas wydawanymi z siebie dźwiękami. Od soboty prawie nieustannie padało i w zasadzie nikomu nie chciało się wystawiać nosa za drzwi i wyjść na dwór, czy jak w przypadku Zayna - za próg sypialni, choć jego problemem niekoniecznie była niesprzyjająca, choćby jego włosom, pogoda. Kiedy już się pojawiał, najczęściej brał to, czego akurat potrzebował lub nawet na zapas, a potem ponownie na jakiś czas znikał, ewentualnie zamieniając po drodze parę słow z którymś z chłopaków.
Payne zaglądał do niego najczęściej, jak się dało. Mimo, iż mieszkałam naprzeciw niego, gdyż właśnie w jego części znalazł się dla mnie wolny kąt, sama nie zrobiłam tego ani razu. Widocznie nie miałam wystarczająco odwagi na coś takiego. Prawdopodobnie jeszcze bardziej zniechęcała mnie świadomość, iż Malik nie był jakoś specjalnie chętny do rozmowy, wiec Daddy Direction opuszczał go po bardzo krótkim czasie.
Westchnęłam przeciągle, podpierając głowę na ręce i zerkając w prawo. To, co ujrzałam, nie zdziwiło mnie już ani trochę. Ba, wręcz przeciwnie - od jakiegoś czasu stało się moja codziennością!
- Czy ktoś mi w końcu, do cholery, wyjaśni, jakim cudem pije kakao z Liamem Payne'em w kuchni, w której na co dzień urzęduje Harry Styles, podczas gdy Niall Horan opróżnia mu po raz kolejny lodówkę, wspomniany już wyżej gospodarz obecnie urzęduje na kanapie z Louisem Tomlinsonem, a Zayn Malik, którego nam tu brak, siedzi naburmuszony w swoim pokoju?
- Masz szczęście. - Zrozumienie tego, co powiedział blondyn, przyszło mi z trudem. Ale zrozumiałam.
- Jeśli tak chcesz to ująć - mruknęłam, wbijając wzrok w brązowy płyn do polowy wypełniający mój czerwony kubek. Upiłam jeszcze łyk.
Głos spikera radiowego rozległ się nagle w całym pomieszczeniu, przerywając panującą ciszę, zakłócaną do tej pory jedynie od czasu do czasu mlaskaniem blondyna.
- Już w najbliższy poniedziałek, dziewiątego lipca, w naszym studio będziemy gościć wasz ulubiony boysband One Direction! – Usłyszałam. Wzięłam kolejny łyk napoju, analizując to, co zostało powiedziane. - Zapytamy, między innymi, jak to jest u nich z poszukiwaniem miłości i w jaki sposób przygotowują się do kolejnej trasy koncertowej, która startuje już we wrześniu…
Nie słuchałam dłużej, nie miałam, po co. I tak praktycznie cały czas skupiałam się na pierwszym wypowiedzianym przez mężczyznę zdaniu.
Najbliższy poniedziałek. Dziewiąty lipca.
- Którego dziś mamy? – zapytałam, nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu kalendarza. Żadnego jednak nie dostrzegłam.
- Piątek, szóstego lipca – odpowiedział Payne, zajadając się kawałkiem ciasta marchewkowego, które Harry upiekł wczoraj z Louisem. Swoja droga, świetnie im wyszło. – A co?
Szósty lipca…
- A nic, nic. Czas z wami tak mi leci, że straciłam rachubę i tyle – wyjaśniłam szybko, mówiąc pierwsza rzecz, jaka przyszła mi na myśl.
W sumie nie było to kłamstwo. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, ile czasu minęło od mojego przyjazdu, ile już tu byłam. Jak się okazało – calutki tydzień. Zupełnie nieświadomie…
Szósty lipca. CHOLERA.

~*~

Wilgotność przepełniająca powietrze zdecydowanie nie sprzyjała idealnie ułożonej fryzurze. W szczególności mojej. Musiałem jednak wyjść, więc zerknąłem w lustro, po raz ostatni poprawiając włosy.
I tak zaraz cały wysiłek pójdzie na marne...
Zdecydowanie nie podobała mi się ta myśl. Zdecydowanie nie. Zaciskając jednak zęby, zarzuciłem na siebie skórzaną kurtkę i wyszedłem na korytarz. Cicho stąpając, udałem się w kierunku wyjścia, przedostając się do niego prawie bezszelestnie. Wszyscy byli zbyt zajęci sobą, by zauważyć, że opuszczam dom, więc w sumie nie musiałem się skradać. Ostrożności jednak nigdy za wiele. Uprzednio lekko się krzywiąc, wyszedłem na dwór.
Czułem, jak nałóg wzywa mnie coraz głośniej.

~*~

Przed oczami mignął mi tylko fragment czarnej kurtki. Przystanęłam na moment, jednak zaraz się otrząsając, ruszyłam w odpowiednim kierunku. Odniosłam wrażenie, że kompletne rozpogodzenie, które nastąpiło, było dla mnie jakimś znakiem. Bez ociągania się zgarnęłam z sypialni kilka potrzebnych rzeczy, które następnie wylądowały w małej torebce, a ja założyłam na siebie cienki płaszczyk.
Przechodząc obok pokoju Malika, przystanęłam na moment. Nie wiem, czemu akurat teraz mi się na to zebrało, jednak zapukałam. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, powtórzyłam czynność jeszcze dwa razy, a przy kolejnym zwyczajnie pociągnęłam za klamkę. Drzwi ustąpiły bez problemu, a ja niepewnie zajrzałam do środka. Omiotłam wzrokiem całe pomieszczenie, jednak...
Nie znalazłam w nim chłopaka, którego, gdzieś w głębi, miałam cichą nadzieję zobaczyć.
To on wyszedł.

Londyńskie ulice na nowo zaczęły tętnic życiem. Wszyscy znów gdzieś się śpieszyli; na ulicach roiło się od aut, a na chodnikach od przechodniów. Nie miałam zbytnio ochoty wciskać się do i tak już zatłoczonego autobusu, więc pomimo braku czasu, zdecydowałam się pokonać choćby część dystansu na nogach. Dwie przecznice dalej bez wahania zeszłam jednak do stacji metra, którym parę minut później mknęłam już podziemnymi tunelami.
Wysiadłam, uważając na szczelinę między drzwiami kolejki a krawędzią peronu, a następnie pomknęłam w kierunku wyjścia. Zwolniłam odrobinę, będąc już na powierzchni. Rozejrzałam się szybko po znajomej okolicy, usiłując odtworzyć sobie w głowie obraz tego miejsca z czasu mojej ostatniej krótkiej wizyty. Nic się tu nie zmieniło przez tych kilka miesięcy. Mając świadomość, że czas mnie nagli, przecięłam ulicę i weszłam do jednego z małych lokali, a konkretniej do kwiaciarni. Pracująca tam kobieta spokojnie mnie kojarzyła, gdyż zdarzało mi się przychodzić tu, co dwa, trzy dni w ciągu połowy czy nawet całego miesiąca - zależało, jak długo miał trwać mój pobyt. Później znikałam na kolejne kilka tygodni, by następnie wpaść znów na chwile, kolejno ponownie, wyjechać...
I tak w kółko.
Liczyłam, że znajdę w sklepiku to, czego chciałam i tak też się stało. Już z progu ujrzałam Jej ulubione kwiaty, wstawione do jednego z dużych wazonów.
- Dzień dobry - odezwałam się cicho, zamykając za sobą drzwi. Stojąca za ladą kobieta nie była ani trochę zdziwiona moim widokiem. Uśmiechnęłam się pogodnie.
- Witaj, kochanie. Tak czułam, że wkrótce się zjawisz - przyznała szczerze, a na moją twarz wkradł się cień uśmiechu. – To, co zawsze? - zapytała.
Było to tylko pytanie formalne. Ona dobrze wiedziała, czego potrzebuję.
Przytaknęłam ruchem głowy, a ona zabrała się do pracy.
- To dziś, prawda?
- Tak - odparłam krótko, rozglądając się po wnętrzu.
- To pewnie, dlatego dziś wydają się znacznie piękniejsze i świeższe niż zwykle - odezwała się po chwili ciszy.
Musiałam przyznać, że trochę się tu zmieniło. Cały lokal przeszedł widocznie gruntowny remont, bo ściany były pokryte, widocznie niedawno nałożona, delikatna, cytrynowożółta farba, dzięki czemu zdawały się promieniować przyjemnym ciepłem.
- Proszę. – Zanim się zorientowałam, kobieta podawała mi spory bukiet złożony z białych kwiatów.
- Och. – Tylko na tyle było mnie stać. – On jest… Troszkę za duży. – Zerknęłam przelotnie na cenę kwiatów. – Nie mam chyba nawet ze sobą tyle pieniędzy, żeby za niego zapłacić…
- To prezent, płacisz tyle, co zwykle – oznajmiła, a ja nie kryłam zdziwienia. – Pozdrów ją ode mnie, dobrze?
- Pozdrowię. Dziękuję bardzo! - Uśmiechnęłam się.
To strasznie miłe.
Podałam jej odpowiednią sumę, a następnie machając jeszcze lekko na pożegnanie, wyszłam z powrotem na chodnik. Skręciłam w lewo, obierając z powrotem ten sam kierunek. Czekało mnie jeszcze kilka minut marszu.

Szara, kamienna płyta, nie różniła się szczególnie od pozostałych, znajdujących się wokół. Przeczytałam po raz kolejny wyryty na niej napis i przykucnęłam obok, przejeżdżając ręką po jej powierzchni. Delikatnie ułożyłam na niej bukiet, który jak dotąd przyciskałam do siebie.
- Cześć, mamo – szepnęłam, a później zerknęłam na zegarek. – Chyba jestem na czas, co?

***

Bardzo jestem ciekawa, co o tym sądzicie ;D Czekam więc na opinie!
Po raz kolejny wracając do sprawy do komentarzy... Jestem strasznie wdzięczną każdej osobie, która komentuje. Doszłam do wniosku, że będę cieszyć się taką ich liczbą komentów, jaka jest, bo i tak 'nie uda mi się wam przemówić do rozumu'. Nie zamierzam nikogo błagać o poświęcenie nawet nie pięciu minut i napisanie czegoś.
Jeśli o sondę chodzi, JESTEM W SZOKU! Przy dodawaniu 17 było w niej 76 głosów, a teraz? AŻ 102! Jak wspomniałam, szkoda tylko, że niewiele opinii... Ale mniejsza. Gdybym zobaczyła jakąś wielką liczbę komentarzy, pewnie bym zeszła na zawał.
Wkrótcę zaskoczę Was kolejnym rozdziałem. 
Czekajcie cierpliwie! <3 


PS Za wszelkie ewentualne błędy przepraszam!